Freitag, 28. Oktober 2011

Scenka rodzajowa

Dawno nie bylo nic o moich przemadrych kolegach i kolezankach z firmy.

Siedzi przedemna kolega WLOCH. Maly, piekny dzolo-manolo, jego inteligencja jest wspolmierna do wygladu. Urodzil sie tutaj, ale jest WLOCHEM, nie chce szwabskiego paszportu bo on jest WLOCHEM. Jest WLOCHEM, rozumiesz.

On : ej a we Wloszech jest naprawde takie miasto, co sie nazywa Gorgonzola, tak samo jak ten ser ! Wlasnie ktos mi przyslal maila, i widzialem ze jest z tego miasta, ale numer !
Ja:  :-O
On:  czyli naprawde jest takie miasto jak ten ser !
Ja:  (w myslach tluke glowa w biurko) no bo chyba nazwa sera wziela sie od miejscowosci z ktorej pochodzi, cnie ??
On:  Hmmm... nie wiem ...


Tym yntelygentnym akcentem pozwole sobie zaczac piatek.


Donnerstag, 27. Oktober 2011

Zawias

Napisalam do Niej w poniedzialek, z dusza na ramieniu. Wywalilam bebechy i tak otwarcie jak chyba nikomu napisalam co mnie od srodka kluje. Po prawie tygodniu spedzonym z mama. Czulam sie wrakiem.
Dzisiaj jest czwartek, odpowiedzi nie ma. Moze sie obrazila, bo nie mam jak wziasc urlopu kiedy Ona chce przyjechac ?

Czuje sie zawieszona w czasoprzestrzeni.
To jest wlasnie teraz taki czasopunkt, gdzie czuje wielka chec zmian. Niewielkich bo przeciez mi dobrze.
Chodzi prosze panstwa-kapitanstwa o zmiany organizowane w SOBIE.
Tutaj zrobie tak, a tu inaczej, bede sie starac robic to o czym mysle, skladam liste do kupy. Moze bedzie mi latwiej jak ja na blogusiowi spisze.
Organizacja siebie i zmiany wlasnej osoby sa dla mnie bardzo ciezko wykonalne, ale postaram sie, bo czuje, ze tak mi bedzie lepiej.
Zmaterializuje zyczenia, spisze, przeanalizuje, przemysle. Dam rade. Bede z siebie dumna.

A teraz jest wlasnie dobrze. Spokojnie, o dziwo. I bedzie coraz lepiej.
Czas zadbac o nas, a jeszcze bardziej o siebie. Olac innych.
Skoncentowac sie na sobie, wlasnych zachciankach, wlasnych planach. Wykorzystac zawias i pozmieniec irytujace mnie sama cechy. A im baba starsza tam bardziej dziwaczeje i trudniej o zmiany.

Poki co inhaluje jesien.









Freitag, 30. September 2011

.

Mam nadzieje, ze mlody dobrze wypucowal mieszkanie i nie zapomnial o obszczanym przez siebie sedesie.
Mam takie male marzenie, ide jutro z rana na zakupy, i potem wyciagam moje giry na wyszorowanym przez niego stoliku, robie moja dietetyczna paste z makreli i jajka, kawe z mlekiem i siedze. Ogladam, laptom rzezi mi na kolanach. Siedze w sobote rano w posprzatanym NIE przezemnie mieszkaniu.
Akurat chwilowo malo mi potrzeba.

Jakis czas temu bylam z dziesiecioma babami na dlugim pijanskim weekendzie w Berlinie, opijajac wieczor panienski. Wrzuce jakas fote berlinska jak juz bede mogla usiaisc w tym wysprzatanym nie przezemnie mieszkaniu.

Robie wreszcie pozadna diete. Schudlam juz trzy kilo i daje dalej czadu, choc wyje za pysznym jedzeniem i dobrym winem dzien w dzien.

Mamy dlugi weekend, pogoda jak piekna polska zlota jesien, zyc nie umierac. W niedziele jak dobrze pojdzie wybierzemy sie w jakies gory, coby troszke sie odmozdzyc. Mlody przygruchal se jakiegos lachona i udaje ze to tylko kolezanka z ktora chce spedzic caly weekend.

Mam jeszcze ciemniejsze wlosy, zaczynam sama farbowac.

Odnowilam kontakty z kim trzeba, dowiedzialam sie mnostwa straszliwych rzeczy, wybaczylam, zrozumialam jest dobrze. Sa ploty, papieroski od dzwona i babskie pokwikiwanie.

Jeszcze poltorej godziny i wreszcie skonczy sie ten tydzien. Zycze sobie milego, pogodnego i przede wszystkim spokojnego dlugiego weekendu.

Montag, 29. August 2011

Floating on air

Boje sie umierania. Zawsze sie balam.
Innych i swojego.
Bliscy mi ludzie jeszcze wszyscy zyja, jeszcze duzo przedemna.

Boje sie raka, a od lat mam takie dziwne uczucie w brzuchu,  ze mnie to nie ominie. Moze absurd, moze nie, uczucie sie nie zmienia.

Wchodze co chwile od tylu juz dni na strone Prania, i nie wierze. Odswiezam, patrze, i czekam na jakis cud, ktory wiem, ze nie nie wydarzy. Nie umiem sobie wyobrazic, nie pojmuje tego ani glowa ani sercem jak czuja sie Olek i Agata.

Nikt nie mowil ze bedzie latwo i sprawiedliwie, ale zeby kurwa az tak ???










Donnerstag, 4. August 2011

Small talk

Small talk mnie dobija.
Nienawidze tego zjawiska, ktore z coraz wiekszym impetem pojawia sie w De.
O ile jeszcze moge zyc z wszechobecnym pytaniem: ''jak sie masz'' i zobowiazujaca odpowiedzia: ''dobrze, dziekuje, a Ty?'', to wszechobecne pierdolenie o pogodzie i urlopie o 7:15 rano wzbudza we mnie agresje podobna do tej, kiedy ktos siedzac obok mnie namietnie chrupie, mlaska badz siorbie.
Pogoda jaka jest kazdy widzi. Taka, a nie inna, codzienne narzekania i dywagacje na ten temat nie zmienia absolutnie nic. Dzisiaj rano nie udalo mi sie niestety uniknac spotkania z bardzo pewnym siebie bankierem, ktory juz w pierwszych zdniach zaczal skomlec, ze on chce slonce, a nie chce deszczu, i co to za lato. Ja z zacisnietymi zebami: na pogode i tak nie masz wplywu, wiec nie ma co marudzic. On narzeka dalej.

A ja jestem zadowolona.
Wszystko jest na swoim miejscu, spokojnie, dobrze i bezstresowo.
Szaszlyki z krewetek i warzyw, grilowane na balkonowym grilu smakuja wybornie. Moglabym je jesc codziennie o kazdej porze dnia.
Szef odpuscil po 2,5 roku, i mam spokoj oraz podwyzke, wiec nie jest zle.

Jedyne czego mi brakuje do calkowitego zadowoloenia to dziesiec kilo mniej na wadze.
Ale i z tym sie uporam.